W pogoni za szaleństwem

       

„Moby Dick” czekał na mnie na regale dość długo. Prawie tyle, ile w XIX wieku trwała wyprawa wielorybnicza. Powieść zajmująca jedno z czołowych miejsc w kanonie klasyki literatury amerykańskiej, rozgłos zyskała dopiero kilkadziesiąt lat po pierwszej publikacji. Zdziwi się każdy, kto spodziewa się książki przygodowej. Melville jest jak nasza Orzeszkowa. Rozwlekłe opisy oceanu, wielorybniczego rzemiosła, przesądów i samych wielorybów sprawiają, że sami zaczynamy się rozglądać za Moby Dickiem. Styl narracji, wątki homoerotyczne i mieszanie gatunków — plasują powieść bliżej XX-wiecznych modernistów niż romantyków z XIX stulecia. Przyznaje, że przeczytałam ją do końca bardziej w ramach „misji” nadrabiania zaległości z klasyki, niż z ogromnej przyjemności płynącej z lektury. Cieszę się natomiast, że jestem o nią mądrzejsza, bo dostrzegam odniesienia do niej, w powieściach, które już czytałam i łatwiej mi będzie dostrzec je w tych, które są przede mną.

Niedoceniony geniusz

Współczuje Melivillowi. Został doceniony za Moby Dicka dopiero po śmierci. Zaszufladkowano go, jako autora powieści przygodowych. Choć uczciwie trzeba przyznać, że taki był jego pisarski początek, to był pisarzem zdecydowanie większego kalibru. Miał ogromną łatwość opisywania przygód, których sam doświadczył, pracując przez jakiś czas jako wielorybnik, przy okazji zwiedzając świat i nadawania im głębszego sensu. Kpił z instytucji i formalności. Nie bał się opisywać niewolnictwa i jego brutalności. Uderzał w nuty tak subtelne, jak symbolika kolorów.

Meliville miał większe ambicje niż pisanie książek przygodowych. Próba wyrwania się z tego jarzma skończyła się dla niego literacką klęską. Recenzje Moby Dicka były tak złe, że przestał pisać i zwątpił w swój talent. Poślubiony z żoną bogatego kupca, przez jakiś czas mógł się realizować jako pisarz, po sromotnej klęsce, musiał zdecydować się na etat. Skończył jako urzędnik pocztowy i przepracował tak 20 lat. Tymczasem, został kolejnym geniuszem, który światową sławę i zaszczytne miejsce w panteonie zajął, dopiero gdy już nie mógł się cieszyć — owocami swojego sukcesu.

Kochaj albo cierp

„Moby Dick” jest tego typu powieścią, że można się w niej albo zakochać, albo pomyśleć — o co tyle szumu? I miałam tak przez 80% tekstu. Jednak teraz, po lekturze, już rozumiem jej fenomen. Bez opisów, które tak bardzo mnie irytowały, bez mieszaniny stylów i licznych odnośników — nie byłoby — Moby Dicka. Szaleństwo kapitana i fiksacja na punkcie zabicia swojego odwiecznego Nemezis, potężnego lewiatana i nieuchwytnej zjawy to sedno powieści, wokół którego powstało wiele wątków pobocznych, splatających całość w mocną konopną wielorybniczą linę.

I choć nie była to dla mnie łatwa lektura, cieszę się, że popływałam po tych bezkresnych wodach razem z załogą Pequda.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zawód.... powieściopisarz

Wyrafinowana hipokryzja - czyli, jak bawił się nowojorski establishment.

"Ludzie ludziom zgotowali ten los"