„Kiedyś zrozumiem Auschwitz. Stwierdzenie odważne, ale naiwnie absurdalne. Nikt nigdy nie zrozumie Oświęcimia.” - William Styron

       Chciałam napisać mały felieton o literaturze obozowej. Przez ostatnie kilkanaście minut na zmianę wstukiwałam w klawiaturę okrągłe frazesy i je kasowałam. Bo tak naprawdę, jak pisać o literaturze obozowej, żeby było dobrze, żeby było obiektywnie i bez zbędnego patosu?

Zrobiłam porządki na moich regałach, wybrałam wszystko, co związane jest z obozami koncentracyjnymi i holokaustem, więc książki o gettach, też uznałam za wpisujące się kanon, dodałam kolejne pozycje przywiezione z corocznej wyprawy do Auschwitz-Birkenau i wyszło mi tego wszystkiego dokładnie trzydzieści pięć sztuk. To dużo i niedużo, można powiedzieć. (Choć znam ludzi, którzy postukaliby się w czoło, słysząc, że ktoś ma w domu więcej niż cztery książki — trzy kucharskie z Lidla i Wielka Księga Imion, ale nie dla nich to piszę). Uważam, że jak na jeden konkretny i trzeba przyznać dość wąski temat, to jednak całkiem sporo.

Obok „Anus mundi” Wiesława Kielara, z którego wspomnieniami zapoznałam się jeszcze w liceum, są na tej mojej półce takie klasyki jak „Dymy nad Birkenau” Seweryny Szmaglewskiej, czy „Przeżyłam Oświęcim” Krystyny Żywulskiej. Każda wzruszająca, ale i brutalna. Auschwitz nie było romantyczną scenerią dla pięknych historii. To naprawdę był „odbyt ludzkości” i tak trzeba myśleć o tym miejscu. Śmierć, okrucieństwo, głód, choroby — katorga. Owszem, człowiek, jest takim gatunkiem (i chwała nam za to), że większość z nas potrafi się zaadaptować niemal do każdych warunków. Z tym, że tam nie zawsze wyglądało to tak, jak z naszej wygodnej blisko osiemdziesięcioletniej perspektywy, wydaje się, że być powinno. Możemy sobie mówić, że my nie okradlibyśmy umierającej osoby z kawałka szmaty, w którą był odziany jego szkielet, czy z chleba, którego nie zdążył zjeść. Możemy tak mówić, ale po co? Wola życia to coś tak silnego, że nie sposób oceniać historii wyniesionych z baraków Brzezinki przez naocznych świadków i uczestników tego popisowego tańca śmierci. Wracając do tej mojej półki, są tam i mniej znane wspomnienia. Np. "Wytrzymałem więc jestem" Tadeusza

Sobolewicza, czy „Nadzieja umiera ostatnia” Haliny Birenbaum. Wspomnienia osób, które przeżyły tamto piekło, są wszystkie do siebie bardzo podobne i szalenie różne zarazem, ale każde wspomnienie jest warte tego, by spędzić z nim wieczór lub kilka. Choćby po to, by ta pamięć była nas wiecznie żywa, w obliczu tego, jak bardzo nacjonalizm znów robi się na świecie modny.

Z ostatniej wyprawy do Auschwitz przywiozłam zbiór wspomnień członków Sonderkommando (Naziści wykorzystywali grupy żydowskich więźniów do obsługi komór gazowych, a potem grabienia i palenia zwłok ofiar). „Zagłada” autorstwa Piotra M. A. Cywińskiego. „Piętnaście dużych pieców, pracujących bez przerwy, mogły kremować ponad 3000 ciał dziennie. Mając na uwadze, że prawie sto metrów dalej było inne krematorium o takiej samej wydajności, a kolejne czterysta metrów dalej dwa mniejsze krematoria 4 i 5, z ośmioma piecami w każdym, trzeba było dojść do wniosku, że cywilizacja doszła do jakiegoś końca". Już sam ten fragment nie pozostawia w czytelniku żadnych złudzeń, ale były jeszcze mocniejsze wspomnienia: „Dym był żółtawo-popielaty. Ogień był dobry, dopóki nie spaliło się drewno. Głowa, nogi i ręce płonęły szybko, ale pozostawał tułów i uda. To tak jak z drzewem — najpierw palą się gałęzie, a pień tli się powoli”.

Literatura obozowa to nie tylko wspomnienia, pamiętniki i opracowania naukowe przygotowane przez historyków, to także te historie, które wydarzyły się potem, z tymi, którzy ocaleli.
Styron napisał jedną z najważniejszych dla mnie książek. „Wybór Zofii” to opowieść o córce polskiego antysemity, byłej więźniarce obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, która w 1947 roku trafia do Nowego Jorku i nie potrafi uporać się z demonami przeszłości. Jej żydowski kochanek, intelektualista i schizofrenik zmaga się z pragnieniem zemsty za zbrodnie wojenne. Trójkąt miłosny poszerza się o początkującego pisarza, który jest zafascynowany obojgiem i staje się powiernikiem wojennych przeżyć Zofii. „[...] Tam, w Oświęcimiu, powiedz mi, proszę, gdzie był Bóg? A gdzie był człowiek? ”  W tej historii nie ma happy endu, zresztą jak w każdej historii, która zaczęła się tam.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zawód.... powieściopisarz

Prawdziwe osy

Wyrafinowana hipokryzja - czyli, jak bawił się nowojorski establishment.