"Stara historia. Nowa wersja" - brutalność czy sztuka?

Brutalna, hipnotyzująca opowieść o skrywanych namiętnościach rodem z najmroczniejszych zakamarków naszych dusz.
Po dwunastu latach od wydania "Łaskawych", książki, która pozwoliła zabłysnąć autorowi na firmamencie gwiazd literatury XXI wieku, Jonathan Littell powraca do gatunku, który zarzucił na rzecz reportażu i eseistyki. Czy to powrót w blasku chwały? Wielu uzna, że niestety nie.
Bohater Starej historii błąka się po miejscach rozrzuconych w czasie i przestrzeni. Jest bestią przypominającą mitycznego Minotaura. Labirynt jest też ważnym elementem tej poszatkowanej na opowiadania opowieści. Tworzy przelotne relacje z napotkanymi osobami, zmienia płeć i tożsamość. Każdy rozdział jest nową wersją poprzedniego. Przez ponad 400 stron powieści, czytamy wciąż tę samą historię rozpisaną w najróżniejszych wariantach. Brutalna i dosadna. Mocno pornograficzna.
"Stara historia. Nowa wersja" to ciężki kaliber — nazywając rzeczy po imieniu. Urzekła mnie niebanalną konstrukcją i narracją. Jednak, żeby ją "przetrawić" i wyciągnąć wnioski, potrzebowałam kilku tygodni. Lubicie nieco zmęczyć się lekturą? Świetnie. Zagospodarujcie kilka wieczorów na Littella. Lektura musi być przyjemnością? Rozumiem. Nie sięgajcie po nią.

"Stara historia. Nowa wersja" to powieść, którą albo się kocha, albo nienawidzi. Nie ma nic pomiędzy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zawód.... powieściopisarz

Prawdziwe osy

Wyrafinowana hipokryzja - czyli, jak bawił się nowojorski establishment.