„Rzeźnia numer pięć” – Kurt Vonnegut




Bardziej podoba mi się podtytuł — krucjata dziecięca. Hollywood już od dekad serwuje nam romantyczną wizję wojny. Nawet gdy bohater ginie, to robi to pięknie.
„Kiedy się wypełniły dni
i przyszło ginąć latem,
prosto do nieba czwórkami szli,
żołnierze z Westerplatte.
( A lato było piękne tego roku ).
I tak śpiewali: Ach, to nic,
że tak bolały rany,
bo jakże słodko teraz iść
na te niebiańskie polany."
W wojnie nie ma nic romantycznego. Maszerują na nią dzieci i to one tam giną. Nie panowie decydenci, przystrojeni w spodnie z generalskimi lampasami, dumnie wypinający piersi, pełne orderów. 
Vonnegut stworzył książkę, która uchodzi za jedną z najwybitniejszych amerykańskich powieści antywojennych. Powieść oparta na motywach biograficznych, ubarwiona nutą wysublimowanego science fiction.
Choć powieść przybiera momentami żartobliwy ton, jest to jedynie zakamuflowana narracja grozy. Śmiech przez łzy. Jej motywem przewodnim jest zbombardowanie przez aliantów Drezna, podczas II Wojny Światowej. Powieść pełna jest trupów, gwałtów, oskarżeń, strachu i miłości. Pokazuje także, czym jest powrót. Bo jak uwypukla na łamach rzeźni Vonnegut – wrócić do normalności, czasem jest trudniej niż się poddać.
„Rzeźnia" miała być pierwsza książka autora, potrzebował jednak lat, by wreszcie podzielić się ze światem swoimi przemyśleniami i wspomnieniami. Książka krótka i wydawać by się mogło, że szybka. Jednak ujmując to słowami autora: „krótka i popaprana, bo o masakrze nie sposób powiedzieć nic inteligentnego”.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prawdziwe osy

„Kiedyś zrozumiem Auschwitz. Stwierdzenie odważne, ale naiwnie absurdalne. Nikt nigdy nie zrozumie Oświęcimia.” - William Styron

Dracula nie urodził się w Hollywood